Wiosną tego roku ukazał się numer „Czasu Kultury” w całości niemal poświęcony humanistyce cyfrowej oraz badaniom gier (digital humanities/game studies). Redakcja zwróciła się także do mnie o kilka słów na temat. Jako że minęło już sporo czasu, pozwolę sobie te moje słowa przytoczyć i tutaj, a czynię to z dwóch powodów. Po pierwsze, jako rodzaj usprawiedliwienia dla mego długiego milczenia na tym blogu – które spowodowane było z jednej strony, różnymi sprawami, które mnei od pisania tutaj odciągały, a z drugiej, moim odejściem od zagadnień, o których tutaj chciałem początkowo pisać. Po drugie zaś, zdaje się, że tylko mój głos wśród wielu – bardzo interesujących – był jakoś sceptyczny. Dlatego potraktujcie, proszę, moje poniższe słowa przede wszystkim jako zachetę do przeczytania całego numeru.

„Czas Kultury” 2/2015 (185). Wstępniak można przeczytać na stronie czasopisma, czyli :: tutaj :: Tam też można zamówić tenże numer (i inne, które polecam).

***

Mój stosunek do humanistyki cyfrowej jest ambiwalentny. Z jednej strony, jestem przekonany, że właśnie w tę stronę skierowana jest obecnie uwaga badaczy, przede wszystkim na Zachodzie, i powszechne wykorzystanie nowych technologii w badaniach mediewistycznych właściwie stało się już faktem. Edycje krytyczne online dają nieprawdopodobne możliwości prezentowania tekstu – możliwości, które wcześniej przyczyn technicznych były niemożliwe do wprowadzenia w życie (opublikowanie tekstu w transliteracji, transkrypcji, opatrzenie go komentarzami, aparatem krytycznym, metadanymi, linkami, podobiznami rękopisu lub druku, a to wszystko obudowane może być literaturą lub linkami do literatury dostępnej w bibliotekach cyfrowych, repozytoriach itd.). Z drugiej jednak strony, odnoszę wrażenie, że wszyscy żyjemy dniem dzisiejszym, że w owym zachłyśnięciu się możliwościami, które podsuwa nam sieć i narzędzia w niej dostępne, tracimy dystans i zapominamy o tak podstawowych sprawach jak wojny, śmierć, choroby, które dotykają również badaczy, nie mówiąc o upadających uczelniach (kto się będzie martwił jakąś edycją na jakimś serwerze, skoro uczelnia upada?). Problemu może nie ma, jeśli mówimy o projektach związanych np. z bezpieczeństwem państwa, które z pewnością jakoś są chronione. Ponadto badania z nauk ścisłych spotykają się z bardzo szybkim odzewem, recenzjami innych badaczy. Tymczasem w humanistyce „przyswojenie” nowego wydania tekstu, opracowania krytycznego, monografii – trwa o wiele dłużej niż w naukach ścisłych, czasem dziesiątki lat. A rozwój technologii przecież nie czeka. Za bardzo poważny problem w przypadku projektów digitalizacyjnych uważam właśnie ową niepewność i niewiedzę, jak bardzo zmieni się sieć i wymagania sprzętowe w ciągu następnych lat. Sam kilkukrotnie zetknąłem się z zeskanowanymi materiałami, które trzeba było digitalizować na nowo. A to są przecież pieniądze, czas, wysiłek. W tym wszystkim budzi też mój podświadomy niepokój fakt, że (prze)trwanie dziedzictwa kulturowego, umysłowego staje się tak bardzo uzależnione od czegoś tak niepewnego jak dostawy prądu, wynalazku, patrząc z perspektywy dziejów ludzkości, będącego w niemowlęctwie. Z jednej strony zatem – tak, jestem tym wszystkim jakoś zafascynowany, tą nową epoką Gutenberga. Z drugiej zaś strony myślę, że życie, nauka, to, co istotne – wciąż jeszcze są gdzie indziej – i odczuwam coraz większą potrzebę zupełnego wylogowania się z cyfrowego świata.

W serwisie Nauka w Polsce PAP ukazał się dziś artykuł Humaniści wkraczają do świata cyfrowego.

Tekst jest przede wszystkim informacyjny, ale z pewnością wart zapoznania się z nim.

Ku zachęcie dwa cytaty:

„Zakres możliwości wykorzystania narzędzi cyfrowych w humanistyce można przyrównać do rewolucji w czasach Gutenberga i wprowadzenia druku na przemysłową skalę – mówi PAP prof. Dorota Urbanek, przewodnicząca Zespołu Koordynacyjnego LaCH UW z Wydziału Lingwistyki Stosowanej UW. – Mimo to zarzuca się nam, że wykorzystanie narzędzi cyfrowych zabije ducha humanistycznego”.

A także:

„Od tego kierunku, podobnie jak od rewolucji Gutenberga, nie ma po prostu odwrotu. Okazuje się, że świat cyfrowy nie tylko nie szkodzi humanistyce, ale wręcz ją wspiera i umożliwia jej szeroką promocję – uważa prof. Urbanek. – To jest wymóg czasu, od którego nie ma ucieczki”.

Artykuł dotyczy przede wszystkim Laboratorium Cyfrowego Humanistyki otwartego na Uniwersytecie Warszawskim. Można też polubić fanpage LaCH na Facebooku.

Blog ten leżał odłogiem przez bardzo długo czas. Czy uda mi się go reaktywować w pełni, trudno powiedzieć. Dzieje się bardzo dużo, a i ja w ciągu ostatnich dwóch lat odszedłem od zagadnień krążących wokół, z grubsza ujmując – filologii w sieci w stronę edycji (jednak) papierowych – ukazały się m.in. Żywot Pana Jezu KrystaMęka Pana Jezusowa, a także pierwszy tom faksymilowej serii modlitewników z serii  Libri Precationum Illuminati Poloniae Veteris.

Brałem jednak udział w projekcie, który jeszcze się nie zakończył, ale wszystko wskazuje na to, że – jeśli efekt finalny okaże się taki, jakim jest w zamierzeniach – filologowie i historycy otrzymają kapitalne narzędzie do porównywania łacińskich tekstów.

Mowa tu o projekcie finansowanym przez NCN (Nr 11H 12 0511 81) kierowanym przez prof. Tomasza Jasińskiego: Program komputerowy nowej generacji do analizy łacińskich tekstów narracyjnych i dokumentowych wraz z elektroniczną bazą tekstów i bazą urzędników państwa polskiego XII-XVIII w.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej – jakiś czas temu ukazał się najnowszy numer (2014, nr XLV) Rocznika Biblioteki Narodowej, gdzie prof. Jasiński w artykule Informatyka w służbie filologii łacińskiej i historii zdradza tajniki pracy nad przygotowywanym programem. Bardzo polecam.

Dziś, po bardzo długim milczeniu, tylko króciutko, informacyjnie.

Kilka dni temu na fb pojawił się post Mariusza Leńczuka o ukończeniu projektu Piętnastowieczne przekłady Nowego Testamentu – elektroniczna konkordancja staropolska. Internetowa baza danych, który jest już dostępny online i można z niego do woli korzystać.

Jak możemy przeczytać w opisie zamierzenia finansowanego ze środków NCN: „Pomysłodawczynią całego przedsięwzięcia była śp. dr Elżbieta Belcarzowa, która wraz z pracownikami Pracowni Języka Staropolskiego IJP PAN w Krakowie przygotowała wypisy źródłowe do 1300 wersetów Nowego Testamentu. Dzięki jej zachętom i wspólnie przygotowanym artykułom, które wprowadziły mnie do świata średniowiecznych tłumaczeń biblijnych, zrodziła się koncepcja serwisu internetowego, który pozwoliłby historykom języka, literaturoznawcom, biblistom i miłośnikom języka staropolskiego na dotarcie do nieznanych materiałów językowych i podjęcie szczegółowych studiów nad średniowiecznymi przekładami Nowego Testamentu. Ostatecznym impulsem do rozpoczęcia badań był projekt dr Izabeli Winiarskiej-Górskiej „Szesnastowieczne przekłady Ewangelii”, który zainicjował elektroniczną inwentaryzację biblijnych tłumaczeń w Internecie. Oba serwisy są równoległe tematycznie i uzupełniają się chronologicznie.”

[Niestety, nie działa link odsyłający do Szesnastowiecznych przekładów Ewangelii].

Główni wykonawcy: dr Mariusz Leńczuk (IJP PAN) i dr Agnieszka Maciąg (IJP PAN). W trakcie realizacji projektu udział w nim brali: dr Dorota Kołodziej (IJP PAN), mgr Katarzyna Jasińska (IJP PAN), mgr Zofia Wójcikowa (IJP PAN), mgr Karolina Borowiec (UAM), mgr Dorota Masłej (UAM) oraz Marta Siwińska (UAM). Autorem strony jest mgr inż. Piotr Szpor. Konsultantem dużej części zamieszczonych transkrypcji był śp. prof. dr hab. Wacław Twardzik.

[Informacje za stroną projektu.]

Tekst ten piszę na gorąco, po przeczytaniu artykułu Stanisława Stabryły Książki. Problem polskiej humanistyki.

Z jednej strony – doskonale rozumiem, o co Autorowi chodzi. Sam, od kilkunastu lat usiłując uprawiać z większym lub mniejszym powodzeniem własne poletko, spotykałem się z problemem dostępu do niektórych publikacji, szczególnie zagranicznych. Jakoś sobie radziłem, korzystając w ostatnich latach z zasobów sieci a także kontaktów z zagranicznymi i polskimi badaczami, którzy chętnie (na szczęście) dzielą się tym, co posiadają na własnych twardych dyskach, albo w ostateczności wykorzystują własne dostępy do baz, czasopism, by ściągnąć tekst i przesłać go tym, którzy takich dostępów nie mają.

Od kilkunastu lat pracuję w jednej z bibliotek akademickich i chciałbym zwrócić uwagę na inny problem, który w tekście Stanisława Stabryły się nie pojawia, a pojawił się w mojej głowie. Między słowami artykułu da się wyczytać, że odpowiedzialnymi za obecny stan rzeczy w polskich bibliotekach są przede wszystkim rządzący (problem finansowania), a także w pewnym stopniu bibliotekarze (profesjonalna lub mniej kadra w bibliotekach). Oczywiście, jest w tym trochę racji.

Zanim jednak zacznie się wieszać psy na ministrach z tej czy jakiejkolwiek innej ekipy rządzącej, zanim zacznie się obarczać winą nieprofesjonalnych bibliotekarzy (oczywiście, jest ich trochę), chciałbym, by każdy z profesorów, doktorów habilitowanych, doktorów (nie ma znaczenia, z którego miasta, czy będzie to Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław, czy jakiekolwiek miasto z uniwersytetem) odpowiedział sobie sam w duchu, we własnym sumieniu na kilka pytań:

– na ile interesuję się tym, co dzieje się w mojej macierzystej bibliotetce uniwersyteckiej, jakie w niej zaszły zmiany, co wiem o czasopismach elektronicznych, bazach danych, dostępie do nich, o testowanych bazach (czy je testuję i daję znać bibliotekarzom, czy warto czy nie warto w nie zainwestować), o problemach z magazynowaniem książek? Kiedy ostatnio sprawdzałem, co się w tym zakresie w mojej bibliotece dzieje? Kiedy (i czy kiedykolwiek) byłem na szkoleniu z korzystania z baz i czasopism elektronicznych?

– kiedy zajmowałem stanowisko podczas rady wydziału, posiedzenia senatu w odniesieniu do problemów i wyzwań, z którymi boryka się moja biblioteka? Kiedy podnosiłem taką kwestię na posiedzeniu? Kiedy za biblioteką (i np. jej finansowaniem przez moja macierzystą uczelnię) się opowiadałem?

– kiedy ostatni raz kontaktowałem się z bibliotekarzem dziedzinowym odpowiedzialnym za moją dziedzinę w bibliotece? Czy w ogóle wiem, kto jest bibliotekarzem dziedzinowym w mojej bibliotece? Kiedy ostatni raz zwracałem uwagę w mojej bibliotece uniwersyteckiej, że taka lub inna pozycja powinna się w niej znaleźć? Czy uczę moich doktorantów, studentów, że istnieje ktoś taki, jak bibliotekarz dziedzinowy i namawiam do kontaktu z nim?

– kiedy ostatni raz zwracałem studentom uwagę, jak istotne jest korzystanie z biblioteki, kiedy ich uświadamiałem, że przysposobienie biblioteczne nie jest przedmiotem do odbębnienia, ale przedmiotem, na którym (online!) mogą się zapoznać z funkcjonowaniem biblioteki, jak się korzysta z katalogów, baz danych, czasopism? Czy ja w ogóle wiem, w jaki sposób przebiega obecnie szkolenie studentów z tego zakresu?

– kiedy ostatni raz omawiałem te wszystkie problemy z moimi kolegami i koleżankami, ale nie psiocząc na rzeczywistość, lecz próbując znaleźć wspólnie jakieś rozwiązania?

– czy kiedykolwiek zadawałem sobie pytanie, czym jest moja biblioteka w obecnej rzeczywistości, z jakimi się boryka problemami, czy coś robi wobec zmian zachodzących wokół? Jak moja biblioteka wyglądała w roku np. 1998 a jak wygląda w roku 2014? Czy coś się zmieniło? Czy potrafię na spokojnie, bez emocji przypomnieć sobie moją bibliotekę z czasów studiów w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, dziewięćdziesiatych, a jak ona wygląda obecnie? Dlaczego tak, a nie inaczej?

– czy ja, profesor, doktor habilitowany, doktor, pracownik uczelni na jakimkolwiek stanowisku, w jakikolwiek sposób zabrałem głos w dyskusji, gdy przeprowadzano deregulację zawodu bibliotekarza? Czy wiem, jaka jest różnica między młodszym bibliotekarzem a bibliotekarzem dyplomowanym? Co według mnie oznacza profesjonalna kadra w bibliotece? Czy wiem, na czym polega praca w bibliotece? Jak wygląda droga książki od momentu ukazania się na rynku do chwili, gdy mogę ją wypożyczyć z biblioteki? Czy wiem, o jakich liczbach (wydawnictw, które bibliotekarz powinien znać, tytułów, które rocznie trafiają do bibliotek) mówimy?

– czy w jakikolwiek sposób odniosłem się do dyskutowanego problemu egzemplarza obowiązkowego? Czy wiem, co to jest egzemplarz obowiązkowy, jakie biblioteki mają do niego prawo i jak to prawo ma się zmienić? Co ja o tym myślę? Czy zabrałem kiedykolwiek, nawet w prywatnej rozmowie, głos w tej sprawie?

– czy wiem, jakie odbywają się szkolenia z mojej bibliotece? Czy wysłałem na nie kiedykolwiek mojego doktoranta, mojego studenta, czy gorąco do odwiedzenia biblioteki namawiałem?

– kiedy czułem się w jakikolwiek sposób odpowiedzialny za bibliotekę na mojej uczelni, w moim mieście, w mojej dzielnicy?

– czy jeżeli uważam, że biblioteka jest ważnym dla uczelni miejscem, w jakikolwiek sposób dałem to jej odczuć? Czy również w tym zakresie byłem mistrzem dla moich uczniów i studentów, czy uświadamiałem ich, a także wszystkich innych, że biblioteka jest sercem każdej uczelni i że bez niej żadne studia, żadna nauka nie mogłyby istnieć?

Wszystkie powyższe pytania oczywiście należy również zadać w rodzaju żeńskim.

Zanim postawi się problem taki, że w polskich bibliotekach akademickich jest tak czy siak, zanim pojawi się zarzut pod czyimkolwiek adresem, najpierw w duchu, we własnym sumieniu, spróbujmy odpowiedzieć sobie na powyższe pytania.

To jest zresztą problem o wiele szerszy, odnoszący się nie tylko do bibliotek akademickich. Podobnie jest z czytelnictwem w ogóle. Czy pojawia się w nas pytanie, co ja zrobiłem dla biblioteki, jakiejkolwiek biblioteki? Czy wiem, gdzie w pobliżu mojego domu jest najbliższa biblioteka? Czy zapisałem tam swoje dzieci i odwiedzam z nimi bibliotekę regularnie? Czy zrobiłem cokolwiek, żeby się zmienił postrzegania biblioteki przez moich uczniów, studentów, przyjaciół, kolegów, koleżanki? Czy protestowałem, podpisywałem listy do ministrów, wójtów, włodarzy, gdy nie przyznawali środków na zakupy nowości dla bibliotek? Czy zabierałem głos na temat działalności biblioteki szkolnej w szkole mojego dziecka, jej wyglądu, wyposażenia, tytułów na półkach? Czy dawałem znać dyrekcji szkoły, że jest to dla mnie tak samo istotne, jak zajęcia z karate, zumby i angielskiego? Czy próbowałem postawić sprawę w ten sposób – nie pytaj, co zrobili inni, ale co zrobiłem/zrobiłam sam/sama?

I żeby była jasność – to nie jest polemika z tekstem Stanisława Stabryły, z którym się zgadzam. Tych pytań nie kieruję do niego. Kieruję je do wszystkich pracowników wszystkich uniwersytetów. To jest po prostu glosa do glosy. I nikt nie musi na nie głośno odpowiadać. Wystarczy szczerze wobec samego siebie odpowiedzieć na nie w duchu.

Pojawiło się właśnie nowe, rozszerzone i zmienione wydanie Wprowadzenia do historii cyfrowej Marcina Wilkowskiego.

Jak pisze autor na swojej stronie:

„Nowa cyfrowa wersja zawiera materiały, które nie znalazły się w druku: fotografie, grafiki i tabele oraz słownik najważniejszych pojęć używanych w książce. W porównaniu z pierwszym wydaniem przebudowałem też porządek i objętość rozdziałów.”

Książkę, która dostępna jest na wolnej licencji, ściągnąć można ze strony Historia i media. Tam również więcej informacji.

Polecam bardzo!

 

Dopiero co pojawiła się informacja o nowym narzędziu dostępnym online, które może służyć pomocą wszystkim, którzy męczą się nad trudnymi miejscami podczas lektury średniowiecznych rękopisów.

Projekt, stworzony przez Marjorie Burghart, nosi nazwę Enigma. Narzędzie to nie rozwiązuje abrewiacji, ale podpowiada możliwe formy łacińskich słów (baza zawiera ponad 400000 form).

A zatem – zachęcam do odwiedzenia strony Enigma. Unpuzzling difficult Latin readings in medieval manuscripts

 

 

%d bloggers like this: