Archiwum

Portale społecznościowe / Social networks

Właśnie trafiłem na bardzo ciekawy wpis, który poczyniła Sarah Werner z Folger Shakespeare Library na blogu tejże biblioteki The Collation.

Sarah Werner opowiada historię pewnego twitta. I jest to szalenie interesująca historia, która każe się zastanowić po raz kolejny nad różnymi zagadnieniami, od pozwolenia w bibliotekach na robienie zdjęć obiektom zabytkowym (na własny uzytek, oczywiście), rozpowszechnianie ich za pomocą mediów społecznościowych, przez najzwyczajniejszą w świecie chęć dzielenia się tym, czym się zajmujemy, co może przynieść (i zazwyczaj przynosi) niespodziewane i pozytywne efekty.

Miłej lektury! I zachęcam też do odwiedzania osobistego bloga autorki: Wynken de Worde.

Reklamy

Trzy tygodnie temu prasę i internet obiegła informacja o rewolucyjnych zmianach, jakie zapowiedział prof. :: Zbigniew Krasiński :: z poznańskiego Uniwersytetu Medycznego. Pisała o tym (chyba najobszerniej) m.in. :: Gazeta Wyborcza :: i wiele innych serwisów.

O co chodzi? Ano o to, że studenci zamiast pisać prace licencjackie, których nikt nie czyta, a które kurzą się potem w dziekanatach, pisać mają w ramach zaliczenia hasła do :: Wikipedii ::

Tak proste, że aż boli.

Widzę kilka co najmniej zalet takiego rozwiązania.

Po pierwsze, wiedza, którą student zdobywa, automatycznie będzie rozpowszechniana wśród wielu odbiorców Wikipedii. A czerpią z niej przecież informacje niezliczone rzesze osób.

Po drugie, zmusi to studenta do uważnej pracy, powoływania się na źródła, nauczy, czym są otwarte zasoby, a także w jaki sposób z nich korzystać i jak się nimi dzielić. Bo przecież nic tak nie uczy, jak praktyka.

Po trzecie, recenzentem takiej pracy będzie nie tylko promotor z uniwersytetu, ale także administratorzy Wikipedii, a potem jej czytelnicy.

Po czwarte, z różnych lektur wyłania się obraz studentów (i nie tylko studentów – młodzieży w ogóle), którzy, owszem, wychowali się w sieci, żyją w niej w pewien sposób, ale jednocześnie nie zawsze potrafią szukać w niej informacji, dzielić się wiedzą, korzystać z niej – korzystać z nieprzebranych zasobów sieci i odsiewać ziarna od plew.

Po piąte, skorzystają na tym również sami wykładowcy, których większość (jak przypuszczam i chyba się nie mylę) sami nie potrafiliby stworzyć, odpowiednio zredagować :: artykułu na medal :: Początkowo na pewno sami potrzebowaliby pomocy, ale zaowocowałoby to nie tylko późniejszą możliwością uczenia tego studentów, ale także umiejętnością poprawiania już istniejących haseł. (Ja sam, przyznaję, nie potrafię jeszcze stworzyć takiego hasła, ale to jedno z moich postanowień na ten rok – nauczyć się tego).

Po szóste, takie prace nie przepadłyby w przepastnych otchłaniach dziekanatu, a żyłyby dalej, były przetwarzane, rozbudowywane, aktualizowane w przyszłości przez innych użytkowników.

Po siódme, w ramach ćwiczeń studenci w pierwszej kolejności sami mogliby nawzajem wstępnie recenzować swoje hasła.

Po ósme, jest to rozwiązanie dobre właściwie dla wszystkich kierunków studiów. Jeśli nawet nie jako licencjat, to w ramach prac zaliczeniowych (przecież są w ramach zajęć prowadzone blogi – na zaliczenie, np. :: tutaj :: ).

Jedyny problem, jaki widzę, to problem formalny. Nie mam pojęcia, czy jest to prawnie możliwe. Ale skoro dziekan z jednego z największych uniwersytetów w Poznaniu próbuje wprowadzić takie zmiany, to znaczy, że chyba jest to możliwe.

Z mojej działki – w zakresie mediewistyki, paleografii, historii książki, filologii klasycznej, czy wreszcie :: komiksów :: jest na Wikipedii masa do zrobienia. Myślę, że i w innych dziedzinach, nawet nie tak niszowych, jest podobnie.

A z lektur dzisiejszych – gorąco polecam wpis Marcina Wilkowskiego :: Konkretne efekty współpracy muzeum z Wikipedią ::

Jakiś czas temu na facebooku pojawił się nowy fanpage zatytułowany :: Książka rękopiśmienna, inkunabuł, starodruk ::

Za prowadzenie strony odpowiedzialni są pracownicy :: Instytutu Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej UMCS :: w Lublinie, a funkcję administratorów pełnią Lidia M. Jarska i Piotr Tafiłowski.

Jeśli równie systematycznie jak dotychczas będą wrzucać różne ciekawostki z sieci i księgarń, to nie nadążę z ich śledzeniem.

Polecam polubienie. Zresztą, na facebooku podobnych stron jest wiele.

Ale za dużo. Za dużo wszystkiego.

Jak to wszystko ogarnąć?

A zatem stało się. Na wzór Obywateli Kultury zainaugurowali swoją działalność Obywatele Nauki: Ruch obywatelski na rzecz dobrej nauki.

O ile nie przekonuje mnie bardzo ogólnikowy (na razie?) Manifest, o tyle teksty zamieszczone na stronie nowej inicjatywy warte są uwagi i dyskusji.

Dlaczego się cieszę i kibicuję ON?

Od dłuższego czasu zastanawiam się nad brakiem solidarności środowiska naukowego i wspólnego, wyraźnego głosu w sprawach wspólnych dla wszystkich dyscyplin. Widzę jednocześnie belkę we własnym oku. Nigdy nie anagażowałem się w podobne inicjatywy. Podchodzę i podchodziłem do nich nieufnie. A jednak pojawienie się ON ucieszyło mnie, bo widzę, jak dobrą robotę wykonał od chwili powstania ruch Obywateli Kultury. Oczywiście, daleko jeszcze do tego, by kultura była finansowana i obecna w przestrzeni zarówno medialnej, jak i miejskiej, wiejskiej itd., tak, jak być powinna, ale widać wśród ludzi w nią zaangażowanych chęć, by zmieniać zastaną rzeczywistość, i co więcej – wiarę, że zmiany są możliwe.

Chyba właśnie tego brakowało w środowisku naukowym – wiary, że coś można wspólnie zmienić.

Bardzo podoba mi się szczególnie jeden aspekt, na który kładziony jest nacisk (o czym wspominał w komentarzach na fb również Piotr Węcowski) – postulat zwiększenia roli popularyzacji nauk(i).  Całkowicie się z tym zgadzam – odnoszę czasem wrażenie, że niektórzy naukowcy, zamknięci w swoim środowiskowym getcie, z jednej strony nie widzą zachodzących wokół przemian, nie chcą brać w nich udziału, boja się i nie rozumieją tego, co się dzieje (choć zarazem część z nich je bada), a z drugiej – są kompletnie nie rozumiani przez ludzi z zewnątrz, którzy nie mają pojęcia, czym się właściwie ci wszyscy ludzie na uniwersytetach zajmują i po co?

Na przykład taki Poznań. Czy mówią Wam coś nazwiska Ilona Binarsch i Roman Murawski? Nic? Nie czytaliście o tym na pierwszych stronach gazet, nikt nie wrzucił info na fejsa, nikt o tym nie twitnął, nikt nie powiedział o tym w knajpie? No właśnie. A taka informacja chyba powinna być nagłośniona. A o tym słyszeliście? Albo o Krzysztofie Matyjaszewskim? Powiem tak, o Dyczkowskim słyszałem, bo go znam. O reszcie wykopałem informacje teraz, przed chwilą. A ja naprawdę wolałbym widzieć na pierwszych stronach gazet właśnie takie wieści, niż to, że Figurski nie ma na sushi (och, wiem, że sushi Figurskiego nie zniknie i zostanie zastąpione przez sushi kolejnych Dod i Tusków Kaś, ale może choć na drugim miejscu się wieści naukowe pojawią?…). Dżizus, osiagnięcie Justyny Olko powinno otwierać wszystkie wydania wiadomości, nie tylko doczekać się artykułu w DF. A ktoś potrafi wymienić pozostałą ósemkę polskich laureatów (z głowy, z pamięci, z przeczytanych i zasłyszanych wiadomości prasowych lub telewizyjnych)? Wszyscy wiedzą, co to są Oscary, bardzo wielu wie, co Złote Lwy, Złoty Niedźwiedź. A kto z Waszych znajomych nie-z-uniwersytetu wie, co to jest grant ERC? Kto nie-z-uczelni potrafi powiedzieć, co to jest „polski Nobel”, kto go przyznaje i za co?

Popularyzacja nauki, dokładnie tak, jak jest postulowane – od najmłodszych, po uniwersytety trzeciego wieku – spełnia ogromnie ważną rolę. Całkowicie się zgadzam, że te wszystkie inicjatywy – noce nauki, uniwersytety dla dzieci, spotkania – z jednej strony są istotne w procesie popularyzacji, a z drugiej – ludzie są naprawdę ciekawi, czym my wszyscy się zajmujemy. I bardzo ważne jest, by te wszystkie akcje były doceniane zarówno w samych jednostkach naukowych, jak i na wszystkich wyższych szczeblach, także w ocenie dorobku. Do takich zajęć i spotkań również trzeba się przygotować, co jest zarówno czasochłonne, wymaga twórczego podejścia (dzieci są niezwykle wdzęcznymi dzięki wrodzonej ciekawości, ale też wymagającymi i bezlitosnymi słuchaczami), jak i często do całej zabawy niektórzy dokładają z własnej kieszeni i poświęcają na to swój czas wolny. Nie chodzi przecież o to, by ludzie spoza środowiska mówili, jacy to jesteśmy mądrzy i mądre, żebyśmy byli podziwiani i podziwiane. Chodzi o to, żeby nas rozumiano. I by rozumiano, dlaczego to jest istotne.

Całkowicie się zgadzam także, że osiagnięcia polskich badaczy, zarówno w dziedzinie nauk ścisłych, jak i humanistyki, powinny być nagłaśniane i obecne w mediach. Owszem, wspomina się o tym. Ale… mam taką jedną obserwację dotyczącą facebooka – wśród moich znajomych jest wiele osób związanych z uniwersytetami, a także wiele związanych z działalnością kulturalną. Wśród osób związanych z kulturą (jej tworzeniem i bardzo czynnym odbiorem) informacje krążą nieustannie, ludzie wrzucają ciagle coś nowego, posyłają informacje o nagrodach, wystawach, osiągnięciach. Takich informacji podawanych przez ludzi ze świata uniwersyteckiego jest nieporównanie mniej (nie mówiąc już o sławnym lub niesławnym lajkowaniu i komentowaniu). Jest to jednak chyba w ogóle problem obecności badaczy, szczególnie niektórych dyscyplin, w sieci. Wbrew pozorom, wydaje mi się to jakimś odbiciem rzeczywistości ze świata spoza sieci. Ludzie zajmujący się kulturą chodzą na wernisaże, spotkania z autorami, do kina, piszą o tym do siebie, komentują, polecają, krytykują. W środowisku uniwersyteckim, odnoszę takie wrażenie, jest nieco inaczej. Jakby wielu wstydziło się, jakie artykuły, książki z ostatnio czytali i co o nich sądzą, jakby nie chodzili na spotkania. Jakby wstydzili się, czym sami się zajmują.

Zapewne najbardziej dyskutowanymi problemami będą te, o których mowa jest w zakładkach Kariera naukowa i Transparentność procedur. Obawiam się, że kwestia obecności nauki w mediach, uświadamiania ludzi, dlaczego jest ważne to, czym się wszyscy zajmujemy, a także problem edukacji i popularyzacji może zniknąć lub zostać przyćmiona w dyskusjach o habilitacjach itp., co również jest ważne, ale…

Rozmowa z ludźmi o tym, czym się zajmujemy ma jeszcze jedną zaletę. Człowiek zaczyna pytać sam siebie – czy to, co robię ma w ogóle sens? Po co to w ogóle? Dla punktów i kariery? Czy na przykład prowadzenie tego bloga, niszy w niszy – jest „po czemuś”, ktoś z tego w ogóle korzysta?

Obawy odnośnie ON mam. Ale trzymam kciuki, by osobom mocno zaangażowanym w ruch nie zabrakło energii. Żeby strona była aktualizowana, żeby inicjatywa była, jak piszą o tym na stronie,  apolityczna i skupiona na zagadnieniach wspólnych dla wszystkich dyscyplin. Żeby dostrzegano tam różnorodność problemów i nie walczono tylko o swoje. I by śledzono i brano przykład z tego, jak walczą o swoje ludzie m.in. ze świata kultury (przecież wielu naukowców przy tych ruchach działa, jak przy Poznańskim Kongresie Kultury).

Bardzo trzymam kciuki, żeby Obywatelom Nauki dalej chciało się chcieć. Mimo głosów sceptycyzmu, ironii i niewiary, które z pewnością nadpłyną z różnych stron.

Na stronie Obywateli Nauki można wyrazić poparcie dla ruchu, podpisując Manifest.

Inicjatorzy piszę, że każdy może się zaangażować zarówno w rozwijanie inicjatywy, jak i tworzenie samej strony.

Cóż, i ja jestem sceptyczny i ostrożny. Ale podpisałem. Jeszcze wierzę.

Podpisałem manifest, bo lubię ludzi, którym się chce.

Dziś w Programie Pierwszym Polskiego Radia w audycji z cyklu Człowiek i Nauka Anna Muszewska (bioinformatyk) i Łukasz Niesiołowski-Spano (historyk) przedstawią postulaty ruchu. Zachęcam do posłuchania. Sam jestem bardzo ciekaw tej audycji.

Jakiś czas temu na Facebooku zawiązała się grupa Polscy Mediewiści.

W informacji o grupie czytamy:

„Grupa POLSCY MEDIEWIŚCI na Facebooku skupia osoby zajmujące się zawodowo historią średniowieczną (Polski i powszechnej). Grupa łączy nie tylko mediewistów – historyków, ale także historyków sztuki, archeologów, muzykologów, bibliotekoznawców, filologów etc. Do grupy należą także studenci ostatnich lat studiów.
Jest to grupa zamknięta, będąca platforma informacyjną na temat konferencji, wydarzeń, wykładów lub też nowych publikacji z zakresu mediewistyki.
Każdy członek grupy ma możliwość zaproszenia do niej swoich znajomych.

Uczestników grupy prosimy o przestrzeganie następujących zasad:
1) nie omawiamy spraw politycznych, nie komentujemy i nie dyskutujemy na tematy polityczne;
2) nie jesteśmy złośliwi i niegrzeczni wobec kogokolwiek
3) nie rozpowszechniamy spamu

Administratorami grupy są historycy – pracownicy Instytutów Historii/Historycznych z Uniwersytetu Jagiellońskiego (dr Andrzej Marzec), Uniwersytetu Śląskiego (dr Bożena Czwojdrak), Uniwersytetu Warszawskiego (dr Piotr Węcowski) i Uniwersytetu w Białymstoku (dr Piotr Guzowski) oraz historyk sztuki (dr hab. Andrzej Betlej – z IHS UJ).”

Obecnie grupa liczy 117 członków.

Jeśli masz konto na Facebooku, zajmujesz się zawodowo badaniami nad średniowieczem i chciał(a)byś dołączyć – należy skontaktować się z którąś z wymienionych powyżej osób.

Przeczytałem wczoraj wpis na blogu Nauka – Otwarta na temat polskiego portalu społecznościowego iprofesor. Krytyczna nota Pawła Szczęsnego sprowokowała mnie do napisania kilku zdań

Na stronie logowania do iprofesor twórcy zachwalają, iż zyskuje się: nowy kanał kompleksowej komunikacji, forum wymiany doświadczeń i poglądów, miejsce do prezentacji własnych osiągnięć, narzędzie promocji wyfdarzeń naukowych, źródło bieżących informacji ze świata nauki, dostęp do bieżących publikacji. Niestety z grubsza zgadzam się z zarzutami prezentowanymi przez Pawła Szczęsnego. Dlaczego? W kilku słowach streszczę, dlaczego na academia.edu wchodzę niemal codziennie, a na iprofesor, choć nadal mam tam konto, zaledwie od święta. Z tymi dwoma portalami miałem styczność w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy.

Po pierwsze, iprofesor potwornie wolno chodzi, co doprowadza mnie do szału.

Po drugie, jest to platforma zamknięta, co wyklucza udział zarówno studentów (do zalogowania wymagany jest stopień naukowy od magistra wzwyż), jak i osób z zewnątrz – nie posiadających tytułu naukowego.

Po trzecie, by śledzić czyjeś dokonania (nazwijmy to roboczo „dodać do znajomych”) – potrzebna jest zgoda delikwenta. Tymczasem w świecie rzeczywistym nie muszę być znajomym osoby X, by być na bieżąco z jego/jej dorobkiem, nie potrzebuję na to zgody autora publikacji. To przewaga academia.edu – ponieważ tam wystarczy kliknąć „follow”, by automatycznie pojawiały się na mojej stronie aktualizacje dokonane przez daną osobą – co więcej, ta osoba nie musi być zainteresowana tym, czym ja się zajmuję – tym samym mój profil i moje aktualizacje nie „zaśmiecają” jej konta.

Po czwarte, już któryś raz na iprofesor mam problem, żeby zamieścić okładkę, choć jest jpg, a podane jest, że jpg jest dozwolony. Słabość academii – nie można wstawić miniaturek okładek.

Po piąte, opublikowany tekst na academii mogę okrasić tyloma tagami, iloma mi się podoba. To oczywiście grozi spamowaniem, ale moje dotychczasowe doświadczenia pokazują, że spamowanie zdarza się niezwykle rzadko.

Po szóste, academia jest międzynarodowa, natomiast iprofesor zamknięty wyłącznie dla badaczy polskich. Nie ma to nic wspólnego z otwarciem polskiej nauki na świat.

Po siódme, opublikowany na iprofesor tekst nie pojawia się W OGÓLE w wynikach wyszukiwania google, natomiast zamieszczony na academii – pojawia się na pierwszej stronie, zazwyczaj na pierwszych miejscach.

Po ósme, co piszę z punktu widzenia przeciętnego użytkownika, iprofesor wydaje mi się mało przejrzysty (wyszukiwanie potrzebnych informacji jest dość skomplikowane). Trzeba się przegryźć przez portal, zakładki, pola wyszukiwania, zanim się je swobodnie opanuje,  natomiast academia jest w dużym stopniu intuicyjna.

Academia jest dobrą platformą do wstępnego rozejrzenia się, kto, czym, gdzie się zajmuje, pozwala być na bieżąco z materiałami, które udostępniają inni w interesującej mnie dyscyplinie, wydaje się bardziej przejrzysta od iprofesor. Słabością na academii jest brak kontroli – ta sama uczelnia, wydział, instytut – figurują czasem pod nazwą polską, a czasem pod angielską, co sprawia wrażenie chaosu (zdecydowana większość polskich użytkowników umieszcza formy angielskie, nie zawsze poprawnie; natomiast Francuzi – dają nazwy uczelni po francusku).

Gdybym miał posłużyć się metaforą – iprofesor jest niczym nudnawy referat czytany z kartki pod koniec dnia na konferencji, natomiast academia to rozmowy kuluarowe. Trudno nazwać je pogłębionymi badaniami albo kwerendą, na której można polegać w stu procentach, natomiast stanowią świetny punkt wyjścia do nawiązywania kontaktów oraz śledzenia, co w trawie piszczy. I nie trzeba mieć tytułu naukowego, by założyć tam konto.

%d blogerów lubi to: