Archive

Tag Archives: internet

Tytuł tego wpisu to zarazem tytuł ważnego głosu w ostatnich dyskusjach, których katalizatorem był spór o ACTA.

Kaja Mikoszewska, fot. Anna Bedyńska

Kaja Mikoszewska, fot. Anna Bedyńska

Dzień pracy Wysokich Obcasów w obiektywie Anny Bedyńskiej

Kaja Mikoszewska, graficzka w Gazecie Wyborczej, w dzisiejszym Magazynie Świątecznym,  opublikowała artykuł, który ma być głosem pokolenia autorki (w wydaniu papierowym nosi on tytuł: Jak długo możemy żyć obok siebie; w chwili, gdy piszę te słowa, online dostępne są jedynie fragmenty jej obszernej wypowiedzi). Przyjdzie nam poczekać kilka dni, by okazało się, czy wzbudzi on równie żywiołową dyskusję, jak tekst Kuby Wandachowicza, lidera Cool Kids of Death, który równo dziesięć lat temu opisywał frustracje Generacji Nic.

Tekst ten przeczytałem z dużym zainteresowaniem, choć do końca nie wiem, czyim jest on głosem. Na pewno nie jest głosem całego mojego pokolenia, choć na pewno wiele osób w moim wieku (35-40 lat) może się z nim utożsamić.

Z drugiej strony nie do końca jest też głosem pokolenia obecnych studentów, osób w wieku 19-25 lat. Zacytuję tu kilka gorących wypowiedzi Marii Maciejewskiej, studentki, którą bardzo cenię i której dziękuję, że zechciała na gorąco odnieść się do kilku moich pytań:

„Tak naprawdę to głos pokolenia moich starszych kuzynów. […] Myślę, że wszyscy moi znajomi zgodzą się, że władza nie ma pojęcia o internecie. Co ciekawe – według mnie – główne media też nie mają. Myślę, że jednak ogólnie jesteśmy bardziej egoistyczni niż autorka. Ona kocha internet, ja – korzystam.

Nie używa się google plus. Jesteśmy sceptyczni. Nie chcemy, żeby gromadzono o nas informacje. Tylko… […] ludzie nie wiedzą, jak działa internet. nie wyłączają cookies. Nawet dyskusja akademicka, na której ostatnio byłam, okazała się zbiorem anegdot.

Każdy zna przecież kogoś, kto żył w internecie w taki czy inny sposób.

Myślę, że to problem. Z całym szacunkiem, uważam, że artykuł nie poruszył kilku istotnych spraw, ale to zapewne ze względu na osobistą perspektywę. Poza tym, to nie jest prawda, że w sieci są wszyscy. Choć zdanie to zabrzmiało efektownie. Co nie znaczy, że internet nie jest nie do przecenienia. […]

To, co powiedziałam, nie jest zbyt wartościowe, nie jest też szczególnie trafnie ujęte. Tak emocjonalnie i szybko pisałam.”

Właśnie dlatego, że powyższe słowa pisane były szybko i emocjonalnie (mnie wydają się wyważone), są dla mnie równie istotne, jak artykuł Mikoszewskiej. Ponieważ stanowią punkt widzenia pokolenia, które wchodzi na scenę po autorce artykułu, pokolenia, które tak naprawdę wychowało się w rzeczywistości, w której telefony komórkowe, ksero, internet, komputer – są czymś oczywistym, jak widelec, kubek czy kurtka.

Co wspólnego ma artykuł K. Mikoszewskiej z mediewistyką? Wbrew pozorom – wiele i to na różnych płaszczyznach: udostępniania wiedzy i ograniczania dostępu do niej, uczenia się i nauczania. A także przepaści pokoleniowej, która dzieli wykładowców od studentów, mistrzów od ich uczniów.  Kojarzy mi się on także z przywołanymi niedawno słowami prof. Tomasza Jasińskiego.

Okazuje się bowiem, że pokolenie moje i starsze nie tylko powinno uczyć, ale i uczyć się od studentów i wykorzystać ich wiedzę, obycie w sieci – do własnych badań. Najprostszym sposobem wydaje się wciąganie ich już na wczesnych etapach edukacji do własnych projektów w charakterze pomocy, choćby kwerend w sieci, wstępnego opracowywania tekstów, tworzenia „rybek” do dalszej, zaawansowanej pracy. Jeśli badacze nie potrafią się swobodnie poruszać po portalach społecznościowych, bazach danych, bibliotekach cyfrowych, narzędziach do tworzenia bibliografii, wyszukiwarkach, jeśli gubią się w kodach i do końca nie rozumieją zagadnień związanych z cybersferą, a z kolei studentom brak wiedzy i doświadczenia, ponadto gubią się w bibliotekach, bibliografiach, katalogach, czytelniach, w których korzysta się ze słów drukowanych, to obie strony mogą się od siebie tylko uczyć.

Zatem to, co wydaje się być przepaścią między pokoleniami, może być ogromną szansą na wypracowanie nowych narzędzi, nowego pojmowania nauki, być może także nowego spojrzenia na relacje mistrz-uczeń. Problemem pozostaje jedynie otwartość jednej i drugiej strony. Bowiem być może te pokolenia, które wchodzą, a na które z wielu stron słyszę narzekania (m.in. na poziom ogólnego wykształcenia), nie są wykształcone gorzej, a jedynie inaczej. Inaczej patrzą na uczenie się, na książki drukowane, na katalog kartkowy itp.

Jedyna metafora, która przychodzi mi do głowy to ta, gdzie nauczycielem jest osoba wychowana w kulturze oralnej, a uczniem – osoba swobodnie posługująca się pismem, nanosząca glosy, komentarze itd. Przeskok jest jednak tak duży, że właściwie nie pismem, a drukiem.

Ten uczeń  pamięta o wiele mniej rzeczy niż jego nauczyciel. Ale też bez problemu potrafi dotrzeć do o wiele większej ilości informacji. Uczeń może uczyć mistrza, jak szukać. Mistrz może uczyć ucznia czego szukać.

Swój artykuł Kaja Mikoszewska kończy wyznaniem:

„Chciałabym, żeby politycy, zanim zabiorą się do regulacji internetu, uświadomili sobie, że termin internauci, był aktualny 15 lat temu. Teraz w sieci są wszyscy.”

Droga Pani Kaju, jednak nie wszyscy (np. spora część starszego pokolenia nie ma dostępu do internetu i z niego nie korzysta). Co nie zmienia faktu, że, pomimo tego uogólnienia, Pani głos wydaje mi się bardzo istotny. Również dla mediewistów.

Bo czy tego chcemy, czy nie chcemy, niedługo, bardzo niedługo, słowa Kai Mikoszewskiej okażą się rzeczywistością, którą jeszcze nie są.

W sieci będą wszyscy. Również mediewiści.

Pytanie tylko – jak w niej będą?

Przeczytałem wczoraj wpis na blogu Nauka – Otwarta na temat polskiego portalu społecznościowego iprofesor. Krytyczna nota Pawła Szczęsnego sprowokowała mnie do napisania kilku zdań

Na stronie logowania do iprofesor twórcy zachwalają, iż zyskuje się: nowy kanał kompleksowej komunikacji, forum wymiany doświadczeń i poglądów, miejsce do prezentacji własnych osiągnięć, narzędzie promocji wyfdarzeń naukowych, źródło bieżących informacji ze świata nauki, dostęp do bieżących publikacji. Niestety z grubsza zgadzam się z zarzutami prezentowanymi przez Pawła Szczęsnego. Dlaczego? W kilku słowach streszczę, dlaczego na academia.edu wchodzę niemal codziennie, a na iprofesor, choć nadal mam tam konto, zaledwie od święta. Z tymi dwoma portalami miałem styczność w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy.

Po pierwsze, iprofesor potwornie wolno chodzi, co doprowadza mnie do szału.

Po drugie, jest to platforma zamknięta, co wyklucza udział zarówno studentów (do zalogowania wymagany jest stopień naukowy od magistra wzwyż), jak i osób z zewnątrz – nie posiadających tytułu naukowego.

Po trzecie, by śledzić czyjeś dokonania (nazwijmy to roboczo „dodać do znajomych”) – potrzebna jest zgoda delikwenta. Tymczasem w świecie rzeczywistym nie muszę być znajomym osoby X, by być na bieżąco z jego/jej dorobkiem, nie potrzebuję na to zgody autora publikacji. To przewaga academia.edu – ponieważ tam wystarczy kliknąć „follow”, by automatycznie pojawiały się na mojej stronie aktualizacje dokonane przez daną osobą – co więcej, ta osoba nie musi być zainteresowana tym, czym ja się zajmuję – tym samym mój profil i moje aktualizacje nie „zaśmiecają” jej konta.

Po czwarte, już któryś raz na iprofesor mam problem, żeby zamieścić okładkę, choć jest jpg, a podane jest, że jpg jest dozwolony. Słabość academii – nie można wstawić miniaturek okładek.

Po piąte, opublikowany tekst na academii mogę okrasić tyloma tagami, iloma mi się podoba. To oczywiście grozi spamowaniem, ale moje dotychczasowe doświadczenia pokazują, że spamowanie zdarza się niezwykle rzadko.

Po szóste, academia jest międzynarodowa, natomiast iprofesor zamknięty wyłącznie dla badaczy polskich. Nie ma to nic wspólnego z otwarciem polskiej nauki na świat.

Po siódme, opublikowany na iprofesor tekst nie pojawia się W OGÓLE w wynikach wyszukiwania google, natomiast zamieszczony na academii – pojawia się na pierwszej stronie, zazwyczaj na pierwszych miejscach.

Po ósme, co piszę z punktu widzenia przeciętnego użytkownika, iprofesor wydaje mi się mało przejrzysty (wyszukiwanie potrzebnych informacji jest dość skomplikowane). Trzeba się przegryźć przez portal, zakładki, pola wyszukiwania, zanim się je swobodnie opanuje,  natomiast academia jest w dużym stopniu intuicyjna.

Academia jest dobrą platformą do wstępnego rozejrzenia się, kto, czym, gdzie się zajmuje, pozwala być na bieżąco z materiałami, które udostępniają inni w interesującej mnie dyscyplinie, wydaje się bardziej przejrzysta od iprofesor. Słabością na academii jest brak kontroli – ta sama uczelnia, wydział, instytut – figurują czasem pod nazwą polską, a czasem pod angielską, co sprawia wrażenie chaosu (zdecydowana większość polskich użytkowników umieszcza formy angielskie, nie zawsze poprawnie; natomiast Francuzi – dają nazwy uczelni po francusku).

Gdybym miał posłużyć się metaforą – iprofesor jest niczym nudnawy referat czytany z kartki pod koniec dnia na konferencji, natomiast academia to rozmowy kuluarowe. Trudno nazwać je pogłębionymi badaniami albo kwerendą, na której można polegać w stu procentach, natomiast stanowią świetny punkt wyjścia do nawiązywania kontaktów oraz śledzenia, co w trawie piszczy. I nie trzeba mieć tytułu naukowego, by założyć tam konto.

%d blogerów lubi to: